Urodziny są dla mnie najważniejszym dniem w roku, nie urodziny bloga czy Jezusa, nie Dzień Kobiet czy nawet Dzień Matki...zielnej czy jakiejkolwiek innej...
MOJE urodziny są dla mnie najważniejsze... zaraz po urodzinach dzieci...
To dzień, w którym złapałam pierwszy oddech i mogłam pierwszy raz się konkretnie wydrzeć, co z upodobaniem czynię do dziś ;)
To dzień, w którym pierwszy raz zobaczyłam światło i kolory i zachwycam się nimi niezmiennie przez tyle lat!
No właśnie, bo to są okrągłe urodziny, okrąglutkie, jak pachnące i ciepłe bułeczki i podpowiem, że nie 18 ;)
Uwielbiam każdy dzień mojego życia i nie chciałabym się za nic cofnąć do czasu, gdy byłam młodsza. Nie mam w ogóle tego problemu, na całe dla mnie szczęście, bo nie cierpię bólu i nie chciałabym się ciachać dla cofnięcia zegara mojej więdnącej skóry.
Jeśli macie ochotę dziś na wino, piwo czy koktajl z parasolką a nie macie lepszego pretekstu to śmiało możecie wypić za moje zdrowie :D
Poza prezentami od najbliższych dostałam prezenty ode mnie. Postanowiłam sama siebie nagrodzić za znoszenie z uśmiechem trudów dnia codziennego i zafundowałam sobie misie. Uwielbiam maleńkie misiaki. Jeden dotrze później, pewnie chciał mieć osobnego posta... a teraz dwa.
Pierwszy od Medveduski, cudowny różowy miś od niezwykle utalentowanej dziewczyny z Hiszpanii.
Trzeciego pokażę jak dotrze ;)